|
Na jednym z Toruńskich "bazarków" mieszkały dwie cudne kocice. Ich ulubionym miejscem była budka z mięsem. Tam też dostawały jeść. W tą wiosnę poraz kolejny zaszły w ciąże. Siedziały więc dalej z ogromnymi brzuszkami, a mi nie dawało spokoju co będzie gdy urodzą. Ciągle miałam przed oczami kocice z młodymi pod którąś z budek oraz przypominały mi się opowieści o poprzednich miotach. Kociątka umierały z powodu chorób, jeden wszedł pod maskę samochodu i tam zginął, a jeszcze inne po prostu znikały. Ktoś może powiedzieć "no cóż tak rodzą kotki w naturze", ale do mnie jakoś ten argument nie przemawia. Któregoś dnia moja mama powiedziała bardzo stanowczo, że mam po nie jechać. Przyszykowaliśmy pomieszczenie dla dziewczynek i przyjechały. Najpierw jedna, a po kilku godzinach druga. Rzuciły się sobie w ramiona, zaczęły się lizać i mruczeć. Była to już końcówka ciąż więc większość czasu spędzały w swoich nowych legowiskach, a właściwie razem w jednym. Czekaliśmy na poród i nic. Nastąpił akurat dnia, w którym byłam długo w pracy. Niczego się nie spodziewając udałam się by nakarmić dziewczynki i zastałam całe posłanie we krwi i kilka kociąt ssących już mleczko. Widok był niesamowity... Młodsza kotka odbierała poród straszej i brała malucha do siebie. Do teraz nie wiem, które było czyje z tych co już jadły. Kocice nie przejęły się obecnościa moją i Adiego. Wręcz przeciwnie... chyba poczuły, że nadeszła pomoc. Były już bardzo zmęczone i przestały zwracać uwage na świeżo urodzone maluchy. Dlatego gdy kociątka wydostały sie na świat oczyszczałam je z błon i przerywałam pępowinkę. Następnie przekazywałam malca matce, a ona go wylizywała. Potem przystawiałam dzieci do piersi. Przeżycie niesamowite! W tym samym czasie Adam pobiegł po aparat. Po drodze zawiadomił zaprzyjaźnioną sąsiadkę, która bardzo nam pomogła. Przyniosła wiaderko z ciepła wodą i czyste szmatki do pościelenia nowego legowiska, a Adi pędził samochodem po nowy duuuży karton. Zrozumieliśmy, że kocice bedą ciągle razem. Po skończonym porodzie całą rodzinkę przenieśliśmy do nowego "domku", posprzątaliśmy martwe kociaki, zakrwawione legowisko oraz łożyska. Wszyscy przeżyliśmy ogromne emocje. Jednocześnie byliśmy bardzo szczęśliwi, że kotki tak nam zaufały. Urodziło się razem 12 młodych z czego 2 martwe, a jedno odeszło po kilku dniach. 21.04.2004 Widok jest nadal niesamowity! Kocice są cudowne i bardzo kochane. Troskliwie opiekują się dziećmi. W stosunku do nas są bardzo łagodne. Możemy brać maluchy na ręce, spokojnie zmieniać im posłanko i przystawiać maleństwa do cycuszków. Do dziś nie widomo czyj kociak jest czyj i chyba nigdy sie tego nie dowiemy. Matki są zakochane w sobie co widać na zdjęciach. 24.04.2004 Maluszki kończą 10 dni. Niestety kilka dni temu zachorowały i obecnie są 3 dzień na zastrzykach. Pocieszające jest to, że jest poprawa. Miejmy nadzieje, że tak już pozostanie. 21.06.2004 Nie ma juz z nami 7 kociaczków. Są we wspaniałych nowych domach, gdzie są dalej leczone. Niestety tuż po urodzeniu maluszki zaczeły chorować. Walka byla trudna bo bylo raz lepiej raz gorzej, a niektóre kociaki przechodzily choróbsko cieżej od innych. Koci katar, a potem grzybica jednak nie zniecheciły nowych rodzicow. Na dzień dzisiejszy nie ma chętnych na słodkie dwie czarno-biale dziewuszki oraz na matki... Spedza mi to sen z powiek. Dwa dni temu matki zostały poddane sterylizacji. Gdy je przywieźlismy malutkie wpadły w panike ponieważ ich nie poznały. Musiały przenocowac u mnie w lazience, a rano wszystko juz bylo ok. Teraz kicie dochodzą do siebie a kruszynki czekają na dobre domy. wrzesień 2004 Wszystkie maluchy od długiego czasu są już w nowych domach. Kocice nie wróciły na bazarek, nie mogłam ich zwrócić do smutnego świata bezdomnych kotów. Teraz znjadują się pod nasza troskliwą opieka i tak dożyja końca swoich dni
|